Programy leczenia
W sytuacji gdy naukowo uzasadniona wiedza nie dostarcza odpowiednich przesłanek do stworzenia uniwersalnego modelu terapii, a konieczność podjęcia natychmiastowych działań jest nakazem chwili – naturalną konsekwencją jest pojawienie się całego szeregu różnorodnych programów leczenia. Każdy z nich, mimo występujących między nimi podobieństw, odznacza się mniej lub bardziej odrębnymi założeniami i wynikającymi z nich metodami działania. Wykorzystuje się w nich, w rozmaitych proporcjach, koncepcje teoretyczne z zakresu psychologii, pedagogiki czy psychologii społecznej, fragmenty różnorodnych ideologii, a także doświadczenia praktyczne, tworząc zazwyczaj eklektyczne zestawy idei i sposobów oddziaływań. Zarówno brak powszechnie obowiązujących zasad terapii, jak i fakt, iż żaden z programów nie okazał się w praktyce skuteczniejszy od pozostałych, sprawiają, że czynnikiem integrującym zawartość poszczególnych koncepcji, strukturalizującym ich elementy składowe, są przeważnie definicje narkomanii tkwiące w świadomości twórców programów. Inaczej mówiąc, w zależności od tego, jak postrzegane jest zjawisko używania środków odurzających, jego przyczyny i konsekwencje, tak wyznaczane są odpowiednie metody terapii. Według większości zainteresowanych zagadnieniem praktyków koniecznym warunkiem skutecznego postępowania wobec osób uzależnionych jest zastosowanie leczenia farmakologicznego. Interwencja lekarza jest potrzebna zwłaszcza przy ostrych zatruciach środkami odurzającymi i w przypadkach usuwania skutków zespołu abstynencyjnego. Charakterystykę obu stanów tak oto przedstawia jeden z narkomanów: “Zdarzyło mi się, że przedawkowałem. Wydawało mi się, że już kończę życie, że zsuwa się ze mnie organizm, tak jak na przykład otwarte spodnie zsuwają się z odnóży, tak ze mnie, w sumie nie wiem z czego, z czegoś co mną się stało, coś nieokreślonego bez określonego kształtu i koloru, po prostu ciało własne jak takie zwinięte, zrolowane spodnie, natomiast ja oddalałem się i unosiłem się coraz wyżej. Towarzyszył temu przeżyciu niesamowity smutek, przygnębienie, które pewnie będę pamiętał do końca, które nigdy przedtem mi nie towarzyszyło, nie przeżywałem go, potem również nie. Smutek i przygnębienie były związane (…) z koniecznością nagłego pozostawienia tylu spraw nie załatwionych, tylu planów nie zrealizowanych (…) Byłem wtedy przerażany. Strasznie chciałem, żeby było już wszystko dobrze. Żeby już się uspokoić, żeby się to nie powtórzyło, lecz po kilku chwilach znów zaczynało się to cholerne zsuwanie. To zdarzyło mi się parę razy i pamiętam, że już przy pierwszym przysięgałem, że jeśli tylko z tego wyjdę, to więcej nie wezmę strzykawki do ręki. Przez pierwsze parenaście godzin po ostatnim strzale z godziny na godzinę rosną się bóle stawów, bóle kości i nawet całego ciała. Nie potrafię nawet tego opisać. Są to strasznie nietypowe bóle, nie potrafię ich z czymkolwiek porównać, z jakimkolwiek innym bólem, przecież nic z zewnątrz nie doskwiera a czuję się zupełnie rozbity (…) nie mam siły podnieść się z łóżka (…) wymiotowałem, spocony, za chwilę byłem zimny, później byłem spocony i było mi zimno (…) Nie miałem siły któregoś dnia wstać do ubikacji. To było potworne”.